TRUDNE SPRAWY – Miłość skazana na klęskę
SCENA 1 – INTRO
LEKTOR
Katowice, to właśnie tutaj na jednym z blokowisk mieszka Jakub, który od pewnego czasu przeżywa ogromne rozterki. Dwudziestodwuletni mężczyzna zrozumiał, że to co czuje do swojego psa, którego kilka lat temu zabrał ze schroniska, to coś znacznie więcej niż zwykła przyjaźń pomiędzy przygarniętym kundelkiem a jego panem. Młody mężczyzna nie jest pewien, co tak naprawdę czuje młoda suczka, Luna, której wiek nie jest niestety znany. Razem spędzają ze sobą dużo czasu na wspólnych spacerach i zabawach. Czy ta egzotyczna para ma szansę zaznać wspólnego szczęścia?
Scena standardowo zaczyna się od ujęcia na tablicę 'Katowice'. Następnie w trakcie wprowadzenia Lektora, pokazane są różne ujęcia 'jednego z blokowisk'. Widzimy ogromne, robiące na każdym wrażenie szaro-białe bloki, pośród których rozegra się akcja całego odcinka. Widz musi poczuć, że to prawdziwa betonowa dżungla, w której ludzkie tragedie to chleb powszedni każdego z mieszkańców.
SCENA 2
W scenie drugiej przedstawiony zostaje główny bohater odcinka, Jakub. Scena zaczyna się ujęciem, na którym widać Jakuba mówiącego do kamery w swoim mieszkaniu. Jakub siedzi z markotną miną, na tle meblościanki. Na półkach meblościanki widz powinien dostrzec liczne, oprawione w ramki, zdjęcia Jakuba ze swoim psem. Wypowiedź bohatera odcinka opatrzona jest podpisem 'Jakub (22 l.) Właściciel Luny'
JAKUB
Powiada się, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Ja też to poczułem, gdy parę lat temu Luna pojawiła się w naszym domu. Z czasem jednak zrozumiałem, że to co łączy mnie z tym słodkim czworonogiem to coś znacznie więcej niż zwykła przyjaźń...
SCENA 3
Jakub i Luna są na spacerze. Biegają razem po trawniku, a wspólnie spędzany czas na świeżym powietrzu wyraźnie sprawia im przyjemność. Luna radośnie aportuje, a gdy przynosi rzucony kijek swojemu właścicielowi, ten pieszczotliwe głaszcze ją po mordce. Scena kończy się, gdy razem wchodzą na klatkę swojego bloku.
SCENA 4
W tej scenie widzowie poznają zdanie Luny na temat tego, co czuje do niej Jakub. Podobnie jak w Scenie 2, wypowiedź psa również opatrzona jest podpisem, 'Luna (wiek nieznany) Pies Jakuba'. Luna siedzi w swoim koszyku, jej spojrzenie to jedna wielka zagadka, widać w nim ogromną melancholię, z którą mało kto mógłby sobie tak naprawdę poradzić.
LUNA
Hau, hau, wark, mru, mru, hau. (różnego rodzaju psie odgłosy)
Ponieważ niewielu ludzi jest w stanie zrozumieć, co pies w swojej krótkiej wypowiedzi ma na myśli (mało kto zna psią mowę), w każdej scenie, w której Luna się wypowiada, należy posłużyć się napisami.
LUNA – NAPISY
Kuba to wspaniały facet. Wiem, że znaczę dla niego wiele i mam nadzieję, że on również wie jak ciepło o nim myślę. Spędzamy ze sobą tyle czasu i zawsze jest naprawdę fajnie.
SCENA 5
Scena rozgrywa się w mieszkaniu. Jakub i Luna wracają ze spaceru. Gdy wchodzą do mieszkania, Jakub zdejmuje Lunie smycz. Pies biegnie napić się ze swojej miski, tymczasem Jakub ściąga płaszcz i buty, nakłada kapcie.
LEKTOR
Pewnego dnia, gdy Jakub i Luna wracają z popołudniowego spaceru. Jakub postanawia wyznać wprost swojej ukochanej suczce, co tak naprawdę do niej czuje. Młody mężczyzna czuje, że nie może dłużej ukrywać swoich prawdziwych uczuć.
Jakub wyjmuje psią karmę z szafki i nasypuje ją do psiej miski.
JAKUB
Luneczko, zobacz co ci tutaj pancio nasypał.
Pies ochoczo przybiega do miski i wyjada całą karmę. Jakub obserwuje ją zadowolony. Gdy kończy, Jakub nachyla się i głaszcząc psa zaczyna do niego mówić.
JAKUB
Wiesz, odkąd pamiętam zawsze byliśmy dla siebie ważni. Pewnie dobrze pamiętasz, gdy uczyłem cię pierwszych sztuczek, zawsze sprawiało mi to przyjemność, gdy na komendę siadałaś i podawałaś mi łapkę. Teraz już nawet nie wiem, kiedy to dokładnie się stało, ale czuję że muszę ci o tym w końcu powiedzieć. Luno, ja cię...
W tym momencie pies, zdecydowanie zakłopotany, wybiega z pokoju. Kuba zostaje sam i jest bardzo przygnębiony. Wstaje i zwraca się wprost do kamery.
JAKUB
Nie no, ja już naprawdę nie wiem, o co jej chodzi. Myślałem, że czuje to samo, że chce bym jej wyznał miłość. Ja już nie wiem co mam teraz zrobić.
SCENA 6
W tej scenie Luna tłumaczy swoje zachowanie względem Jakuba, który w poprzedniej scenie pragnął jej wyznać miłość, a więc znów widzimy Lunę siedzącą w swoim koszyku. Tym razem jej wypowiedź jest opatrzona podpisem brzmiącym następująco: 'Luna (wiek nieznany) Uciekła przed swoim panem, gdy wyznawał jej miłość'.
LUNA
hau, wark, hau. (psie odgłosy – smutne)
LUNA-NAPISY
Wiem, że Jakub chciał powiedzieć mi coś ważnego. Jego słowa są dla mnie bardzo ważne, ale co miałabym mu odpowiedzieć, gdy z ludzkiego języka potrafię tylko zrozumieć 'siad' i 'łapa'.
PIERWSZA PRZERWA NA REKLAMĘ. PO PRZERWIE LEKTOR STRESZCZA, CO DOTYCHCZAS WYDARZYŁO SIĘ W ODCINKU, WIDAĆ URYWKI UPRZEDNIO POKAZANYCH SCEN.
SCENA 7
LEKTOR
Mija parę dni, w ciągu których zdaje się, że Jakub i Luna wyraźnie się unikają. Dwudziestodwulatek czuje, że musi komuś zwierzyć się ze swoich rozterek. Dlatego też umawia się z najlepszym kolegą w swoim mieszkaniu.
Do mieszkania wchodzi kolega Jakuba, Szymon, w ręku trzyma reklamówkę z kilkoma puszkami piwa. Jakub wygląda na smutnego, a kolega od razu zwraca na to uwagę.
JAKUB
O, cześć, Szymon.
SZYMON
No cześć, Kuba! Co tak stoisz jak jakaś pierdoła. Przyniosłem browarki.
Pokazuje reklamówkę.
JAKUB
A, zdaje Ci się, nie najlepiej się dziś wyspałem.
SZYMON
Napijemy się, to mi wszystko opowiesz, co u Ciebie i tak dalej. Dawno się nie widzieliśmy, brachu, to pewnie jest o czym gadać.
JAKUB (zrezygnowany i smutny)
No jasne Szymon, spoko.
SCENA 8
Kolejna wypowiedź Jakuba.
JAKUB
Cieszyło mnie, że Szymon przyszedł pogadać. Nie mogłem dłużej tego w sobie trzymać. Naprawdę musiałem się komuś zwierzyć. Bałem się tylko, czy on nie będzie się ze mnie śmiać. Chociaż znamy się tyle czasu, w ogóle nie wiedziałem, czy mnie zrozumie.
SCENA 9
Koledzy siedzą w pokoju i grają na komputerze. Popijają piwo i grają. Wszystko niby wygląda na świetną zabawę, ale widz od razu zauważa, że coś jest nie tak. Komentarz lektora potwierdza wątpliwości widza, co do dobrej zabawy kolegów.
LEKTOR
Dwudziestodwuletni koledzy spędzają czas przy komputerze. Z pozoru Jakub bawi się wyśmienicie, jednak cały czas trapią go problemy związane z Luną. Szymon od razu zauważa, że z jego kolegą jest coś nie tak.
Szymon podnosi puszkę piwa w geście toastu.
SZYMON (energicznie i żwawo)
Piwko!
JAKUB (spowolniony i smutny)
Piwko...
Koledzy stukają się puszkami piwa w geście toastu, Jakub niezdarnie upuszcza puszkę i wylewa jej zawartość na swoje spodnie.
SZYMON
Kuba, co z tobą, do ch**a? Zachowujesz się jakbyś w ogóle nie był sobą. Może mi w końcu powiesz o co chodzi.
Wulgarne słownictwo Szymona zostaje ocenzurowane charakterystycznym 'pipem', przecież kulturalnym mężczyznom nie przystoi mówić takim językiem o tak wczesnej porze.
SCENA 10
W scenie tej scenie Szymon wypowiada się na temat nienormalnego zachowania swojego kolegi. Szymon zostaje sfilmowany na podwórku na tle boiska, gdzie młodzi chłopcy grają w piłkę nożną. Podpis brzmi: 'Szymon (22 l.) Wie, że z jego kolegą nie wszystko w porządku'
SZYMON
Kiedy spotkałem Kubę tamtego dnia, od razu wiedziałem, że jest coś, o czym chciałby mi powiedzieć, ale nie potrafi tego zrobić. Nigdy wcześniej się tak nie zachowywał. Przecież jesteśmy kumplami, mi może powiedzieć wszystko. Jednak to co usłyszałem tego dnia, zupełnie wytrąciło mnie z równowagi.
SCENA 11
Dalszy ciąg sceny 9.
JAKUB
Szymon, chciałbym ci o czymś powiedzieć, ale w ogóle nie wiem jak.
SZYMON
No jak, ku**a! Po prostu powiedz.
JAKUB
Ale nie będziesz się śmiał?
SZYMON
Ja pie****e. To powiesz mi w końcu, czy nie?
JAKUB
Szymon, jakiś czas temu chciałem wyznać pewnej dziewczynie miłość.
SZYMON
I co?
JAKUB
I ona przede mną uciekła.
SZYMON
Jak uciekła? Co to za suczka?
JAKUB
Znasz ją dobrze. To Luna.
SZYMON
To faktycznie, żeś se suczkę znalazł. Haha!
SCENA 12
Wypowiedź Szymona. Szymon w tej scenie przedstawia swój rzeczowy i zdroworozsądkowy pogląd na całą sprawę.
SZYMON
Kiedy Kuba powiedział mi, że kocha Lunę myślałem, że sobie jaja robi. Wiadomo, świat idzie teraz do przodu. Ludzi kręcą różne rzeczy, ale to co powiedział mi Kuba, na początku wydało mi się naprawdę śmieszne. Dopiero potem zrozumiałem, jak bardzo jest strapiony swoją sytuacją. Wiedziałem, że muszę mu doradzić coś sensownego.
SCENA 13
Młodzi mężczyźni wychodzą na papierosa, żeby ostudzić emocje. Stojąc przy balustradzie rozmawiają o całej sytuacji. W dłoniach, rzecz jasna, trzymają po puszce piwa.
LEKTOR
Choć kolega dwudziestodwuletniego Jakuba na początku wyśmiał jego uczucia, teraz stara się mu pomóc. Podczas rozmowy na balkonie, Szymon wpada na pomysł, który miałby odmienić życie kolegi i znów uczynić go szczęśliwym.
SZYMON
Słuchaj, czy ty ją naprawdę kochasz?
JAKUB
No tak. Szymon, przecież wiesz, że wszystko co ci powiedziałem jest prawdą.
SZYMON
No to myślę, kolego, że powinieneś się jej oświadczyć.
JAKUB
Ale jak to?
SZYMON
No tak to. Myślisz, że nasypiesz suczce trochę lepszej karmy do miski, powiesz jej, że ją kochasz i załatwione, co? Stary, powinieneś się bardziej do tego przygotować. A jak jej się oświadczysz, to wnet zrozumie, że ci na niej zależy i załatwione.
JAKUB
Mówisz, że tak będzie?
SZYMON
No jasne!
JAKUB
Chyba spróbuje.
SZYMON
Kuba, obiecaj mi, że to zrobisz. Piwko?
JAKUB (rozweselony)
Piwko!
Wznoszą toast.
SCENA 14
Mieszkanie Jakuba, który wygląda na zdecydowanie podekscytowanego, jest elegancko ubrany, ma zawiązany krawat i cały czas nerwowo przebiera nogami. Na stole w wazonie stoi bukiet róż i małe pudełeczko na pierścionek zaręczynowy. Jakub wyraźnie podniecony zwraca się do kamery.
JAKUB
Teraz wszystko musi się udać. Tak jak Szymon mówił, za pierwszym razem popełniłem błąd, ale teraz Luna zrozumie jak bardzo mi na niej zależy.
LEKTOR
Jakub, wyraźnie podekscytowany, nie może doczekać się powrotu Luny ze spaceru z siostrą Jakuba, Wiktorią. Gdy dziewczyna wraca z psem do mieszkania. Dwudziestodwulatek od razu przechodzi do konkretów.
Jakub klęka przed Luną z pierścionkiem i kwiatami. Pies przygląda się swojemu panu i nie jest do końca pewien jak powinien zareagować.
JAKUB
Luno, powiem wprost. Wyjdziesz za mnie?
LUNA
Hau, hau, wark, wark (psie odgłosy)
LUNA-NAPISY
Nie rozumiem ani słowa z tego, co do mnie mówisz, nigdy nie będziemy szczęśliwi.
Luna ucieka. Jakub wstaje i zwraca się do kamery.
JAKUB (zrozpaczony)
Ja pi*****e, wszystko na nic. Ona mnie nie chce!
WIKTORIA (zdegustowana)
Człowieku, ciebie po*****o. Chciałeś się oświadczyć psu?
SCENA 15
Wypowiedź Wiktorii na temat zdarzeń, których w poprzedniej scenie była świadkiem. Podpis: 'Wiktoria (18.l) Jej brat chciał się oświadczyć psu'.
WIKTORIA
Mojemu bratu kompletnie odbiło! On chciał się oświadczyć naszemu psu. Wiadomo, zawsze było widać, że wyjątkowo Lunę lubi, często z nią wychodził na spacery, uczył różnych sztuczek i tak dalej. Ale to co on zrobił, to jakaś komedia!
SCENA 16
Kuba leży smutny w łóżku. Wygląda jak siedem nieszczęść.
LEKTOR
Następnego dnia, gdy zrozpaczony Kuba budzi się w swoim łóżku, zauważa, że Luna jak gdyby nigdy nic wchodzi do jego pokoju ze smyczą w zębach.
JAKUB
Och, Luno, znowu przyszłaś mnie dręczyć.
Luna rzuca z pyska smycz na ziemię i szczeka.
LUNA
Hau, hau. (psie odgłosy)
LUNA-NAPISY
Chodźmy na spacer, niech będzie tak jak dawniej.
Luna robi klasyczną pozycję 'siad' i wyciąga łapkę do swojego pana.
JAKUB do kamery
Ku**a, ona chyba nigdy nie zrozumie, co ja czuję. Wezmę ją na spacer, co więcej mogę zrobić.
SCENA 17
Jakub i Luna biegają radośnie po dworze tak jak w jednej z początkowych scen.
LEKTOR
Dwudziestodwulatek na spacerze ze swoim ukochanym psem znów sprawia wrażenie szczęśliwego, radośnie bawią się tak jak dawniej. Wygląda na to, że oboje zapomnieli o problemach, jakie w ostatnim czasie pomiędzy nimi zaistniały. Wszystko układa się dobrze do momentu, gdy Luna dostrzega biegającego w pobliżu kundelka.
Luna radośnie podbiega do kundelka i zaczyna z nim hasać. Kuba stoi bezradny, widzi, że psy bawią się o wiele lepiej niż Luna i Jakub bawili się wcześniej.
JAKUB
A więc o to chodzi. Ona woli jakiegoś zwykłego kundla ode mnie.
Jakub zdenerwowany bierze Lunę na smycz i sprowadza z powrotem do domu.
SCENA 18
Luna i Jakub wracają do mieszkania. Jakub jest wściekły, a Luna się wstydzi.
LEKTOR
Kiedy Jakub i Luna wracają do domu. Jakub nie kryje żalu. Po tym co zobaczył na spacerze, jest wściekły i wyrzuca wszystko Lunie.
JAKUB
Co ty sobie myślisz?! Ja z kwiatami do ciebie latam. Płaszczę się, a ty z jakimś pierwszym lepszym kundlem.
LUNA
Hau, hau. (psie odgłosy)
LUNA-NAPISY
O co ci chodzi? Dżekuś to mój kolega. Weź się od niego odfajkuj.
SCENA 19
Wypowiedź Luny. Podpis: 'Luna (wiek nieznany) Jej pan ma do niej żal, że zadaje się z innymi psami'.
LUNA
Hau, hau. (psie odgłosy)
LUNA-NAPISY
Lubię sobie czasem pobiegać z innymi psami. Kiedy Kuba bierze mnie na spacer jest naprawdę spoko, ale w ogóle nie zrozumiałam jego reakcji na ostatnim spacerze. On zachowywał się naprawdę dziwnie.
DRUGA PRZERWA NA REKLAMĘ, PO PRZERWIE LEKTOR STRESZCZA, CO DOTYCHCZAS WYDARZYŁO SIĘ W ODCINKU, WIDAĆ URYWKI UPRZEDNIO POKAZANYCH SCEN.
SCENA 20
Mieszkanie Jakuba znów odwiedza jego kolega, Szymon. Młodzi mężczyźni rozmawiają ze sobą, Szymon klepie Jakuba po ramieniu.
LEKTOR
Jakub zrozpaczony ostatnimi zdarzeniami, postanawia znów porozmawiać z Szymonem. Ten kolejny raz wpada na świetny pomysł jak pomóc swojemu koledze.
SZYMON
Słuchaj, człowieku, musisz to sobie jakoś wszystko odreagować. Nie ma co się zadręczać.
JAKUB
Ale ja już nigdy nie będę szczęśliwy.
SZYMON
Nie pi****l mi tu taj. Wiktoria i Luna w domu?
JAKUB
Tak, siedzą w pokoju.
Szymon wchodzi do pokoju i odzywa się do Wiktorii.
SZYMON
Cześć Wika!
WIKTORIA
Cześć Szymek, co tam?
SZYMON
Słuchaj, mógłbym mieć do ciebie małą prośbę?
WIKTORIA
Jasne, a o co chodzi?
SZYMON
Widzisz, co ostatnio dzieje się z Kubą. Chciałbym, żeby to jakoś odreagował. Weź może Lunę na jakiś dłuższy spacer, tylko tak wiesz, co najmniej na półtorej godziny jak nie więcej, a ja mu pokażę tu u was w mieszkaniu jak można zapomnieć o życiowych smutkach. Wiesz, zabawimy się trochę.
WIKTORIA
No dobra, Szymek, ale bez szaleństw. Kubie trzeba pomóc, ale rozsądnie, dobra?
SZYMON
Wiadomo, że rozsądnie.
Wiktoria z Luną na smyczy wychodzą na spacer.
SZYMON
No człowieku, zaraz zobaczysz, że w życiu można się dobrze zabawić i nie ma co się zamartwiać.
JAKUB
A co będziemy robić?
Szymon wyciąga telefon.
SZYMON
Się zadzwoni do paru takich koleżanek, kupimy wódeczkę. Zobaczysz, będzie świetnie.
Szymon wykonuje telefon.
SZYMON
No, siemanko Elka! Słuchaj wpadajcie do Kuby na kwadrat, bo chłopaczyna się musi dobrze zabawić. Z wódką wpadnijcie, z wódką. Ja wam potem oddam kasę.
SCENA 21
Wypowiedź Szymona.
SZYMON
Kuba był strasznie markotny ostatnimi czasy. To całe zajście z Luną było dla niego ciężkim przeżyciem i się wcale facetowi nie dziwię, że chodził taki skołowany. Pomyślałem sobie, że jak zrobimy małą imprezkę, chłopak zabawi się z paroma pannami, to od razu mu się humor poprawi.
SCENA 22
Do mieszkania Jakuba przychodzą 3 kobiety, które delikatnie mówiąc, wyglądają na kobiety lekkich obyczajów. Są wyzywająco ubrane, są hałaśliwe i mają przy sobie kilka butelek z wódką.
LEKTOR
Nie minęło pół godziny od telefonu Szymona, gdy w mieszkaniu pojawiają się jego koleżanki, znajome prostytutki. Najwidoczniej w taki sposób, dwudziestodwuletni mężczyzna pragnął zapewnić trochę rozrywki swojemu serdecznemu koledze.
SZYMON
Siema dziewczyny! Widzę, że macie gorzałę, to można zacząć zabawę!
PROSTYTUTKI (przekrzykując się nawzajem)
Jasne, bawmy się, ale mi się chce pić etc. etc. etc.
PROSTYTUTKA 1
Gdzie tu się ściąga buty?
JAKUB
Tutaj.
Prostytutka 2 zalotnie podchodzi do Jakuba.
PROSTYTUTKA 2
Misiaku, chyba na ciebie lecę.
Na twarzy Jakuba widać lekki rumieniec.
JAKUB
No wiesz, dopiero się poznaliśmy.
PROSTYTUTKA 1
Poza wódą, przyniosłyśmy czipsy!
Prostytutka 3 stawia na stole dwie butelki wódki.
PROSTYTUTKA 3
Dawaj kielony!
SCENA 23
Zabawa w najlepsze. Na stole kieliszki, kilka flaszek opróżnionych do dna. Muzyka jest rozkręcona na cały regulator. Dwaj mężczyźni siedzą z prostytutkami na kanapie. Jakub wtulony w Prostytutkę 2.
SZYMON
Dziewczyny, ale się dobrze z wami bawię!
PROSTYTUTKA 3
Jazdaaaaaaa! Ale jestem napie*****a!
JAKUB (już nieźle pijany do Prostytutki 2)
Niezła z ciebie czika, wiesz?
PROSTYTUTKA 2
Ale jesteś słodziutki.
SCENA 24
Wiktoria z Luną są na klatce schodowej i wracają ze spaceru.
LEKTOR
Po około dwu godzinach. Wiktoria i Luna wracają ze spaceru. Osiemnastolatka ma głęboką nadzieję, że Jakub odreagował jakoś ostatnie ciężkie momenty swojego życia.
WIKTORIA (do kamery)
Nieźle zmarzłam na tym spacerze, dwie godziny łaziłyśmy po dworze. No ale czego się nie robi dla starszego brata. Mam nadzieję, że teraz wszystko będzie ok!
Wiktoria i Luna zbliżają się do drzwi wejściowych mieszkania, zza których słychać głośną muzykę i radosne okrzyki mężczyzn i kobiet.
WIKTORIA (do kamery)
Ja pi*****e. Co oni tam robią? Przecież mówiłam mu, żeby byli rozsądni.
Wiktoria i Luna wchodzą do środka i obie są zszokowane tym, co widzą. Szymon i Jakub tańczą z trzema prostytutkami. Jakub obściskuje w tańcu Prostytutkę 2. Mężczyźni i prostytutki są zdziwieni nagłym przyjściem siostry Jakuba i Luny.
SZYMON
Co jest, k***a? Wika, miało was nie być.
WIKTORIA
Jak to co? Wróciłyśmy. Ile miałam z nią po dworze chodzić.
PROSTYTUTKA 3
Co to za dziewuchy? Pijecie z nami?
SZYMON
Ja pi*****ę, całkiem zepsułaś nam zabawę.
Na widok Luny, Jakub gwałtownie odsuwa się od Prostytutki 2.
JAKUB
Luna, to nie tak.
LUNA
Hau, hau, wark, wark (złowrogie psie odgłosy)
LUNA-NAPISY
Ja wyszłam na spacer, a ty tutaj z ku****i się zabawiasz. To koniec!
Luna wybiega.
JAKUB
Ja pi****ę, k****a! Wypie*****ć mi stąd. Spie*****ć! Do ch**a! Wyjazd już!
Jakub wrzeszczy na prostytutki. Kobiety są przerażone, gdy mężczyzna bierze puste butelki po wódce i roztrzaskuje je o ziemie. Jest w furii. Nawet Szymon, nie wie jak zareagować. Cała gromadka imprezowiczów w popłochu wybiega z mieszkania.
SCENA 25
Wypowiedź Szymona. Podpis: 'Szymon (22 l.) Zaprosił do mieszkania prostytutki, by pomóc koledze'.
SZYMON
Zaprosiłem dziewczyny do Kuby, bo chciałem mu pomóc. Wiadomo, że jak facet się dobrze zabawi, to zaraz zaczyna lepiej patrzeć na świat. Niestety, jego siostra wszystko zepsuła.
SCENA 26
Mieszkanie wygląda jakby przeszło przez nie co najmniej tornado, wokół potłuczone szkło, porozlewana wódka, powywracane krzesła i ogólny bałagan. Wiktoria patrzy z przerażaniem na Jakuba.
WIKTORIA
Co najlepszego zrobiłeś człowieku?!
JAKUB (rozhisteryzowany)
Nie wiem. Odczep się ode mnie. Nigdy nie będę szczęśliwy.
WIKTORIA
Przestań histeryzować, weź się w garść.
JAKUB
Ale Luna mnie nie chce.
Jakub siada w kącie i zakrywa dłońmi twarz, zaczyna płakać. Wiktoria podchodzi do brata i obejmuje go.
WIKTORA
No już, spokojnie, Kuba. Jakoś ci pomożemy. Musisz zrozumieć, że to jak się zachowujesz jest nienormalne.
SCENA 27
Wypowiedź Wiktorii.
WIKTORIA
Kiedy Kuba tamtego dnia wpadł w furię, zrozumiałam, że temu człowiekowi potrzebna jest pomoc specjalisty. On musiał zrozumieć, że ludzie i psy to tylko przyjaciele. Tu nie ma szans na nic więcej. To mój brat i wiem, że muszę mu pomóc, dlatego postanowiłam jak najszybciej skontaktować go ze specjalistą.
SCENA 28
Ośrodek NFZ. Scena zaczyna się od zbliżenia na tabliczkę, gdzie widz może dostrzec dokładną nazwę ośrodka. Jest to poradnia psychologiczna. Następnie widać jak ośrodka wchodzą Wiktoria i Jakub. Całość opatrzona komentarzem Lektora.
LEKTOR
Po ostatnich wydarzeń, osiemnastoletnia Wiktoria wie, że problem jej brata jest złożony i sama nie byłaby w stanie temu zaradzić. Dlatego zamierza skonsultować to ze specjalistą. Postanowiła zabrać swojego brata do poradni psychologicznej, gdzie dwudziestodwulatek mógłby uzyskać stosowną pomoc. Jakub po dłuższych namowach zgodził się na wizytę w miejscowym ośrodku.
SCENA 29
LEKTOR
Podczas rozmowy ze specjalistą, Jakub opowiada o swoich przeżyciach ostatnich tygodni. Dwudziestodwuletni mężczyzna jest gotów, by opowiedzieć lekarzowi o tym, co czuł do psa przygarniętego ze schroniska. Zrozumiał, że potrzebuje pomocy i ma nadzieję, że wkrótce jego problemy minął i jego życie z powrotem stanie się normalne.
W tej scenie Lektor kontynuuje swoją wypowiedź z poprzedniej sceny. Natomiast widzowi ukazuje się gabinet psychologa, gdzie przy biurku siedzi lekarz, a na przeciwko niego Wiktoria i Jakub. Lekarz pokazuje Jakubowi różne obrazki zwierząt.
SCENA 30
Wypowiedź specjalisty na temat stanu głównego bohatera. Scena nakręcona w gabinecie. Podpis 'Leon Zawada (38l.) Uważa, że jest w stanie pomóc Jakubowi'.
LEON ZAWADA
Podczas mojej kilkunastoletniej praktyki nie spotkałem się jeszcze z takim przypadkiem. Pan Jakub musi zrozumieć, że to, co dotychczas czuł do swojego psa nie jest normalne. Ludzie i psy mogą być przyjaciółmi, ale nawet współczesna psychologia nie przewiduje niczego więcej. To właśnie należy uświadomić mojemu pacjentowi.. Myślę, że stosując odpowiednią terapię jestem w stanie mu pomóc.
SCENA 31
Wypowiedź Jakuba, który musi w tej scenie wyglądać na nieźle skołowanego, nie do końca rozumiejącego czym jest świat, który go otacza.
JAKUB
W moim życiu działy się ostatnio dziwne rzeczy. Sam do końca tego nie rozumiałem. Nie wiem jak sobie z tym poradzę ale mam nadzieję, że w końcu mi się uda.
SCENA 32
Czas na scenę finałową, czyli co słychać u głównego bohatera po jakimś czasie. Jakub i Luna są na spacerze i oboje znów sprawiają wrażenie zadowolonych z życia.
LEKTOR
Po dwu miesiącach nasza ekipa znów odwiedza mieszkanie Jakuba, by dowiedzieć się jak dwudziestodwuletni mężczyzna czuje się po odbytej terapii.
Luna i Jakub biegają wesoło. Widać, że to zdrowe relacje pana i jego psa i nie ma w tym nic nieprzyzwoitego.
SCENA 33
Wypowiedź Jakuba. Wygląda na szczęśliwego i w rzeczywistości jest szczęśliwy. Podpis 'Jakub (22l.) Terapia, którą odbył, zakończyła się powodzeniem'. W tle zaczyna lecieć muzyka.
JAKUB
Po odbytej terapii, zrozumiałem, co znaczy mieć psa, czego można od niego oczekiwać, a czego pies oczekuje ode mnie. Pies to najlepszy przyjaciel człowieka i jest wiele prawdy w tym powiedzeniu. Wreszcie zrozumiałem, że w stosunku do Luny nie mam szans na nic więcej niż prawdziwą i szczerą przyjaźń. Ale to nie szkodzi... Przecież i tak jesteśmy szczęśliwi!
SCENA 34
Wypowiedź Luny. Jej spojrzenie jest radosne. Podpis: 'Luna (wiek nieznany) Znów przyjaźni się ze swoim panem'.
LUNA
Hau, hau (radosne psie odgłosy)
LUNA-NAPISY
Mój pan znowu wyprowadza mnie na spacery i jest superowo. Czuję, że jesteśmy przyjaciółmi i wiem, że zostaniemy nimi na zawsze.
KONIEC
(leci muzyka i napisy, w tle powtórki najdobitniejszych scen z odcinka)
Tagi: ludzie, miłość, psy, trudne sprawy
skomentuj (1)
Podjechaliśmy pod mały drewniany kościół i pożegnaliśmy się z psem. W Spławach nie działo się nic. Świeciła tylko jedna latarnia stojąca pomiędzy kościołem a wielobranżowym sklepem „Metys”. Sklep był już zamknięty, kościoły podobno są otwarte zawsze, ale jak się jest anarcho, to się nie chodzi do kościoła i tak. Kościół był oddzielony od sklepu małym murkiem, na murku było napisane:
POCAŁUJ MNIE W DUPE
Zawsze zastanawiałem się dlaczego „pocałuj mnie w dupe” ma zdecydowanie większą moc od „pocałuj mnie w dupę”. To „ę” na końcu wygląda jak wyraz szacunku, „e” jest zdecydowanie anarcho, gość, który to napisał też musi być. Spojrzałem na moich kumpli, Arnold znowu przestał się odzywać a Bolek śpiewał jakiś anarcho song (prawdopodobnie własnego autorstwa).
Anarchia jest w kraju
Anarchia jest i tu
Idzie jakiś kutas
Mówi do mnie „stój!”
I tak dalej, słabe te teksty były i działały mi zawsze na nerwy. W tamtym momencie, też mnie to wkurwiało.
- Ale anarcho tekst, Bolo! Wspinasz się ostatnio na wyżyny anarcho liryki.
- Dzięki, Jędrek! Ten tekst pisałem najdłużej w życiu.
- No widać, że się postarałeś – najwyraźniej w ogóle nie poczuł w moim głosie sarkazmu i zaczął śpiewać kolejną zwrotkę.
Wysadzimy w centrum bomby
Wyruchamy wasze matki
Pozbawimy was dziś domu
Bo chcemy już anarchii!
Cóż, musiałem mu jednak powiedzieć bardziej dosłownie, że jest chujowy.
- Boluś, te teksty są tak zajebiste, że więcej ich nie chcę słyszeć, okay?
- Po pierwsze: nie mów do mnie „okay”, konformisto, po drugie: przed chwilą mówiłeś, że ci się podobają.
- No widzisz, kłamałem.
Chyba się obraził, bo przestał nawet na mnie patrzeć. Arnold palił szluga, milczał jak dawniej. Zacząłem się zastanawiać, co teraz zrobimy. Chciałem wiedzieć przynajmniej, która jest godzina, ale nie nosiłem zegarka, noszenie zegarka jest nie anarcho, o tym wiedział każdy. Moi anarcho koledzy na pewno nie wiedzieli, która była godzina, poza tym żaden się do mnie nie odzywał. Na szczęście, obok stał ten kościół. Zazwyczaj kościoły mają na wieży tarczowe zegary, tym razem też tak było. Dochodziła pierwsza, chciałem zaproponować kolegom, żebyśmy szli dalej, ale było mi jakoś głupio się do nich odezwać jako pierwszy. To byli uparci anarchiści, jeden się nie odzywał, bo uraziłem jego literackie ego, drugi nie odzywał się prawie zawsze. Musiałem się przełamać, wyciągnąć rękę jako pierwszy, na chwilę przestać być anarcho twardzielem, jakim zwykle byłem i stać się złamasem o bardzo ludzkich odruchach.
- Bolek, Arnie, może idziemy dalej?
Milczeli. Bolek demonstracyjnie odszedł na parę metrów, Arnold patrzył się nie wiadomo, w jakim kierunku, a w Spławach dalej nie działo się nic. Wkurwiłem sie trochę, ale zależało mi, by nawiązać z nimi jakiś kontakt.
- No Arnold! Taki rozmowny byłeś, jak jechaliśmy! Co teraz masz mi do powiedzenia?
Arnold nie miał do powiedzenia nic, Bolek chrząknął, jakby chciał coś powiedzieć, spodziewałem się kolejnego anarcho przemówienia w jego stylu, ale tylko na mnie spojrzał na mnie, charakterystycznie krzywiąc ryj. Ja już całkiem przestałem być anarcho.
- Bolek, przecież wiesz, że nie chciałem cię obrazić, czy wszystkie twoje teksty muszą mi się podobać? Przecież jesteśmy kumplami.
Milczał dalej, przewrócił jedynie oczami. Nie wiem w sumie, czemu czułem, że Arnold popierał Bolka, ale to może Bolek popierał swoim milczeniem Arnoldem. Wiadomo było, że jakbym Bolka przeprosił, to żaden ze mnie anarchista. Jednak najwyraźniej, obaj tego ode mnie oczekiwali.
No kurwa, chłopaki, sorry!
Bolek spojrzał mi w oczy, miał wyjątkowo poważną minę.
- „Sorry”? Skończyłbyś z tymi konformistycznymi tekścikami, pseudo-anarchisto.
- No dobra – pilnowałem się, żeby nie powiedzieć nawet „okay”. - Będę się starał, tylko ruszmy stąd dupy! Może na początek zapalmy bata? - byłem pewien, że tym ich przekonam.
- Iść możemy, ale my z Arnie'em już się najaraliśmy.
- W porządku, ale chodźmy.
- No to prowadź, anarchisto!
No to prowadziłem, minęliśmy kościół, sprawdziłem jeszcze raz godzinę, było już po pierwszej. Spławy okazały się typowym zadupiem, co jakiś czas jakieś gospodarstwo, a potem pole, w oddali prawdopodobnie był las. Plan był prosty, trzeba było się gdzieś przekimać, na razie jednak szliśmy przed siebie tak samo debilnie jak wtedy, gdy słońce zachodziło. Mijaliśmy kolejne wiejskie chałupy, i rozglądałem się za miejscem, które byłoby na tyle anarcho, że można by się tam przespać. Minęliśmy zieloną tablicę z przekreślonym napisem Spławy, kiedy wreszcie znalazłem odpowiednią anarcho miejscówkę – zapadająca się drewniana chatka, w której być może ktoś mieszkał, a za nią jakaś stara szopa. Zatrzymałem się i odwróciłem w stronę chłopaków i skinąwszy głową w stronę miejscówki zaproponowałem:
- Można, by się tu przekimać, co?
- Nawet jak na ciebie, Jędrzej, jest całkiem anarcho! - przez Bolka przemawiał zadziwiający entuzjazm, po cichu liczyłem, że jak się już rozłożymy, to przyjdzie moment na jakieś skromne palenie.
Podeszliśmy spokojnie do chaty, rozglądając się, czy nie ma jakiegoś łańcuchowego kundla, który by zaczął napierdalać na całe Spławy. Wokół panowała zupełna cisza, nie było psa, nic nie przykuło mojej uwagi poza pordzewiałym składakiem, opartym o ścianę chaty, należącym najprawdopodobniej do kogoś, kto tam mieszkał. Szopa wydawała się być idealnym miejscem na noc, nie było żadnej kłódki, więc bezproblemowo i bezszelestnie weszliśmy do środka. Wewnątrz była podłoga, na której mogliśmy się położyć, prawdziwym anarchistom tyle wystarczy. Rozłożyliśmy się w śpiworach i bezsensownie się na siebie gapiliśmy. Liczyłem na jakieś anarcho kazanie do snu, ze strony Bolka, a ze strony Arnie'ego zawsze liczyłem jedynie na bezmyślne spojrzenie. W przypadku Arnie'ego się nie zawiodłem, w przypadku Bolka straciłem orientację. Możliwe, że obaj liczyli, że to ja coś wreszcie powiem. No to coś powiedziałem:
- Chłopaki, może coś skurwimy na dobry sen?
- Jędrzej, kurwa, zaczynam się zastanawiać, czy ty jesteś anarcho czy może jakimś pierdolonym rasta, w kółko byś tylko palił. W sumie mógłbyś zamknąć już mordę, bo jeśli nie zdążyłeś tego zauważyć, Arnie już kima, a mi też, kurwa, na tym zależy.
- No to dobranoc, Boluś, nie to nie, zawsze myślałem, że skurwić na dobry sen jest bardzo anarcho, ale skoro tak nie jest, to ja też idę spać, pójdę się jeszcze tylko odlać.
Nawet nie odpowiedział, wyszedłem z szopy i oddaliłem kawałek, żeby zrobić co do mnie należy. Kiedy wróciłem, przed drzwiami szopy siedział kot, nie jakiś czarny satanista, tylko taki zwykły, łaciaty jakiś. Kiedy podszedłem, w ogóle się nie bał, przyglądał mi się uważnie i wyraźnie chciał dać do zrozumienia, że to ja jestem tutaj gościem.
- Co kocie?
Prychnął i pobiegł gdzieś, w pizdu. Pomyślałem sobie wtedy, że chodzić swoimi drogami, to musi być naprawdę anarcho, żadna istota oprócz kota taka nie jest, ale zawsze można spróbować. Wszedłem do szopy, moi obaj koledzy twardo spali. Nazwałem ich kolegami, ale chyba po raz ostatni, kiedy tak na nich patrzyłem, przeleciały mi przed oczyma wszystkie anarcho fanaberie, jakie dzisiaj odstawiali, to ciągłe pierdolenie zaczęło mi grać na nerwach. Zrozumiałem, że anarcho mogę być jak ten kot, a nie w towarzystwie tych dwu złamasów. Przysiadłem na ziemi i słysząc coraz głośniejsze chrapanie Bola zastanawiałem się, jak można by się na nich odegrać i najzwyczajniej w świecie udupić. Wiadomo, że podpierdolić materiał to żaden problem, Bolo trzymał go w plecaku i dokładnie wiedziałem, w której przegródce. Po cichu podszedłem do wielkiego plecaka, koloru sraki, z wielkim anarcho napisem na klapie, napis wyglądał tak:
JEBAĆ SYSTEM
Nie wpatrując się w niego dłużej otworzyłem i zacząłem przeszukiwać plecak: kilka książek (jakiś kretyńskich anarcho cookbooków, bo raczej nie liczyłbym w przypadku Bola na czytanie Bakunina), scyzoryk, gruba taśma klejąca, płytka Clashów, blety, no i, oczywiście, pakiet z materiałem, wcale nie taki mały, co najmniej pięć gietów, jak na moje wprawne oko. Bolo gnił dalej, a ja najzwyczajniej w świecie podpierdalałem mu rzeczy z plecaka. Materiał i blety – rzecz oczywista, do tego oderwałem okładkę „Stu wierszy przeciwko systemowi”, żeby mieć z czego filtry zrobić, Clashów też zawsze lubiłem posłuchać, to sobie wziąłem. Nagle Arnold coś stęknął, przestraszyłem się, że zaraz się obudzi, ale tylko obrócił się na drugi bok. Musiałem się uspokoić, więc wyszedłem na chwilę na zewnątrz i skręciłem najpiękniejszego bata w życiu, paliłem go sam, było mi tak zajebiście przyjemnie, że nawet nie zauważyłem że ten kot dalej tu siedzi, pewnie się trochę biernie zjarał i mrużył do mnie lubieżnie oczy.
- Co kotku? Miau, miau, miau! - zacząłem do niego gadać całkiem głupio, ale czułem sie taki szczęśliwy, w końcu nie każdego dnia człowiek podpierdala drugiemu tyle materiału. Kot się mnie w ogóle nie bał, zjarał się jak nic, razem ze mną, a nie musiałem przy tym ani na chwile odsuwać bata od swoich ust. Myślałem sobie, że koty to nie tylko najbardziej anarcho stworzenia, ale też jedyne spoko stworzenia i od razu przypomniało mi się tych dwóch śpiących chujków. Upalony puściłem wodze fantazji, przed oczyma migały mi tysiące sposobów na udupienie, aż w końcu wpadłem na jeden, rzeczywisty pomysł.
Wróciłem do szopy, jeszcze raz sięgnąłem do plecaka Bolka, wziąłem scyzoryk i taśmę, właściwie po chuj tę taśmę ze sobą nosił, jednakże mi się bardzo przydała. Najpierw ucapiłem Bola, spał jak zabity, wielki mi, kurwa, intelektualista, minęła chwila i leżał ze skrępowanymi nogami i rękami, ryj też mu zakneblowałem, żeby wszyscy mogli odpocząć od tego anarcho bełkotu. Arnie podobnie jak Bolek, śpiący nie stawiał żadnego oporu, zastanawiałem się, czy jego też powinienem też zakneblować, w końcu nigdy się nie odzywał Klęczałem tak nad nim i myślałem, kiedy nagle otworzył oczy, był przerażony i w każdej chwili mógł z siebie wydać jakiś odgłos, więc nie zastanawiając się dłużej, zakleiłem wiecznie milczące usta taśmą.
- Cichutko Arnie, poleżycie sobie tutaj z Bolkiem i mówię Ci, nie ma nic bardziej anarcho od waszego teraźniejszego położenia, ja natomiast spierdalam, na razie!
Wstałem, wziąłem plecak, jeszcze raz sprawdziłem, czy wziąłem ze sobą wszystko i wyszedłem z szopy. Podszedłem do roweru opartego o ścianę chaty, kot stał przy nim znowu mrużył do mnie oczy.
- Kiciuś, od dzisiaj będę anarcho tak samo jak ty i muszę teraz jechać, kiedyś jeszcze skopcimy!
Wsiadłem na tego starego składaka, kot uciekł, a ja, nie oglądając się za siebie, ruszyłem w podróż za widnokrąg, by odnaleźć tam to, czego cały czas szukałem, by odnaleźć prawdziwą anarchię.
skomentuj (0)
Szliśmy poboczem bez namysłu, pozostawiając za sobą miasto. Słońce powoli zachodziło, a w jego dogasającym blasku nie widziałem niczego nadzwyczajnego (niektórzy tak się tym podniecają, ja jestem jednak anarcho). Tak naprawdę, nigdy nie lubiłem takich widoków, ale już szliśmy, w końcu „nie mamy innego wyjścia, koleżko”. Tak powiedział Bolek, a teraz zapierdalał donikąd, niezbyt mądrze. Wyciągnąłem z plecaka kanapkę, w końcu nie byliśmy, aż takimi anarchistami, żeby w ogóle nie jeść. Ja jadłem, a Bolek przemawiał:
- Za widnokręgiem znajdziemy to, na co tak długo czekaliśmy, a gdzie kończy się widnokrąg? Nigdzie się nie kończy, dlatego możemy tylko czekać, ale z drugiej strony czemu by kurwa nie spróbować?
- No tak.
- Co „No tak”? W gruncie rzeczy w ogóle mnie nie słuchasz, chuj cię to boli, czy gdzieś dojdziemy. Wolisz wpierdalać kanapki zamiast jebać system!
Być może miał rację, nie jebałem systemu jak prawdziwy anarchista, byłem taki anarcho, że jebałem nawet anarchię, czułem dlatego pewną wyższość i dumę. Nie musiałem tak kretyńsko przemawiać jak Bolo i był to powód ogromnej przyjemności – zamknąć ryj, odzywać się, kiedy masz na to naprawdę ochotę i być anarhco. No, ale teraz szliśmy, bo jakimikolwiek anarcho byśmy nie byli, to trzeba było iść.
Pobocze było żwirowe, ten szczegół nie jest wart wspominania, ale takie właśnie było, przystanęliśmy na chwilę, żeby się rozejrzeć. Zachód słońca miał się zaraz skończyć.
- To co? Bata? - zaproponowałem.
- Ale ty skręcasz, dam Ci sprzęt i materiał.
- Okay.
- Mówienie „Okay” jest bardzo konformistyczne, wiesz?
Nie odpowiedziałem nic, wyciągnął wszystko z plecaka i podał mi. Zmieszałem materiał z tytoniem, zwinąłem i skleiłem, a Bolo zrobił filter. Wyszło mi wyjątkowo chujowo, Bolek się zdołował, a ja chciałem przez chwilę pobyć złośliwy, ironiczny.
- Zrobiłem non-konformistycznego bata, cieszysz się?
- Spierdalaj.
No i spaliliśmy go we trzech, każdy po 2 buchy (zdarzało mi się oszukiwać, ale innym też), w rastafariańskim, clockwise'owskim obrządku (to było całkiem anarcho). Spaliliśmy we trzech, bo szedł z nami jeszcze Arnold. On się prawie nigdy nie odzywał, nie rzucał się w ogóle w oczy, właściwie to tylko palił baty. W tamtym momencie też po prostu stał z kiepem w ustach. Tak niewidzialni mogą być tylko prawdziwi anarchiści.
- Co tam, Arnold? Dobra bania? - Bolo zaczął kretyńsko gadać, to właśnie było w jego stylu, najarać się i pierdolić jak potłuczony, być może właśnie to, było w tym zasranym anarcho stylu. W każdym razie, Arnold odpowiedział jedynie kaszlem, gwałtownym i nerwowym, często mu się to zdarzało.
- Kaszl, kaszl, Arnie, lepsza bania będzie na bank! Naczynka włosowate ci popękają! W ogóle się tehace nie zmarnuje! - Bolek podniecał się marihuanowymi mitami, ja miałem to w dupie. Po trawie, masz wszystko w dupie i wtedy właśnie stajesz się najbardziej i najprawdziwiej anarcho.
Słońce zaszło już całkiem i zaczęła się noc, niebo było bezchmurne, więc mogliśmy zobaczyć świecące nad nami gwiazdy i księżyc i się nimi na przykład zachwycić. Postaliśmy jeszcze chwilę na żwirowym poboczu, ale czuliśmy, że czas iść dalej. Ja czułem entuzjazm, Bolek czuł niechęć i marudził, nie wiadomo czy Arnold czuł cokolwiek.
- Po chuj mamy iść dalej? Jest git.
- Będzie lepiej, zobaczysz, pójdziemy na koniec widnokręgu, będzie pięknie i anarchistycznie, koleżko.
- Jędrzej, fiucie, nie mów do mnie „koleżko”.
W tym momencie zamilkliśmy wszyscy, zatrzymał się przy nas samochód, nie byle jaki samochód, to był radiowóz, stary polonez. W środku siedział jeden pies, w ciemności nocy jego twarz była prawie niewidoczna, ale uśmiechnąłem się niewinnie, kiedy uchylił szybę w swoim wozie. Wychylił się przez okno i spytał:
- Chłopcy, co tutaj robicie o tej porze?
Ciężko było komukolwiek z nas cokolwiek odpowiedzieć, byliśmy pewni, że zaraz będzie jakiś dym, w końcu mieliśmy przy sobie małe co nieco.
- Idziemy, panie władzo! - Arnold się odezwał, wtedy już kompletnie nie wiedziałem, co się kurwa dzieje. - Niedaleko mamy znajomych i urządziliśmy sobie małą wycieczkę.
- O tej porze?
- Tak wyszło. - odpowiedział Arnie, chyba jedyny potrafił się odnaleźć w tej sytuacji, możliwe, że jedynie w takich sytuacjach potrafił się odezwać.
- Jadę na posterunek w Spławach, mogę was podrzucić, co się będziecie w nocy po lasach włóczyć. - zaproponował gliniarz.
- Jeśli nie byłby to żaden problem, panie władzo, to z chęcią się z panem zabierzemy. Prawda, chłopaki? - Arnie spojrzał na mnie i Bolka, jedyne co byliśmy w stanie zrobić to tępo skinąć głową.
- No to, panowie, wsiadajcie!
Arnie wsiadł z przodu, ja z Bolkiem załadowaliśmy się na tył. W środku mogłem się dokładniej przyjrzeć z kim właściwie mieliśmy do czynienia. Pies miał może z pięćdziesiąt lat, łysinę i siwe wąsy, był ubrany w wymięty, przepocony mundur, dwa ostatnie guziki swojej koszuli miał lansersko rozpięte, chociaż nie można o nim powiedzieć, że był lanserem, w końcu nosił wąsy. Całe to zajście w ogóle nie było w stylu anarcho, siedzieliśmy zestresowani z Bolkiem z tyłu i patrzyliśmy na siebie, a Arnold gadał dalej.
- Wie pan, panie władzo, ja studiuję na politechnice, budownictwo. - nie miałem pojęcia, czy mówi prawdę, kurwa. W sumie to nic o nim nie wiedzieliśmy.
- Poważnie, synu? Powiem ci, że o to właśnie chodzi, brakuje nam inżynierów! Kto będzie za 20 lat domy stawiał?
- Teraz się na polibudę trudno nie dostać.
- No ja młodego bym chciał wysłać, ale jemu to tylko futbol we łbie, non stop na boisku. Pobudowali tych boisk, a sukinsyny rachować nie umią!
- Racja, panie władzo, ja to zupełnie apolityczny jestem. - Arnie przyznał się do bycia anarcho, niby nic, a jednak dla mnie zachował się jakoś nadzwyczajnie. - nie interesuje mnie kompletnie co u tych na górze.
- Może to i sposób, synu. - pies chrząknął. - jesteśmy już w Spławach, gdzie chcecie wysiąść?
- Koło kościoła. - miałem nadzieję, że jest pewien, że w Spławach był kościół.
- No dobra, to już podjeżdżam.
Tagi: podróż, policja, anarchia
skomentuj (0)
- Mały z ostrym!
Woła do mnie Turek, który wygląda dokładnie tak samo, jak wszyscy inni Turcy handlujący kebabem w blaszanych budach. Wszyscy starają się tak samo wyglądać i tak samo mówić tymi samymi słowami. Klienci zazwyczaj się od siebie różnią, chociaż do jedzenia, i tak, dostaną to samo, kebab. Jakiś kebab.
Delektuję się tym przewidywalnym smakiem (w końcu jem to samo, co zwykle), w pełni zdając sobie sprawę, co poza standardowymi składnikami może się w środku znajdować. Nie przejmuję się tym, być może, to właśnie dzięki temu, że ktoś zlał się do sosu, a ktoś inny strzepywał do surówki kiepy, całość tak dobrze smakuje. Zawsze warto zjeść coś konkretnego, gdy w najbliższym czasie zapowiada się konkretny balet.
Do ust wkładam sobie miętową orbit i już nikt nie poczuje, co i gdzie przed chwilą jadłem. Mógłbym zapalić marlborasa i też zabiłbym ten smród jedzenia, ale w obecnym momencie zbyt dobrze się prowadzę, by popalać. Tytoń już nie wydaje mi się tak stylowy jak zdarzało mu się kiedyś. Orbit straci smak za kilka minut, ale tę miętową świeżość będę czuł w ustach chyba do końca życia.
Spojrzawszy po raz ostatni na tarczę swojego, staromodnego zegarka ze skórzanym paskiem, ruszam w stronę jedynego klubu w mieście, gdzie w sobotę zabawię się przy ambitnej, niekomercyjnej muzyce elektronicznej i wcale nie będę w tej zabawie osamotniony. Nie oczekując żadnych problemów na drodze, w dalszym ciągu żując orbit, przechodzę niecałe pięćset metrów i zaraz słyszę muzykę zza ścian starej kamienicy i widzę jak kolorowe światła lśnią w jej oknach. Nie muszę się zastanawiać, czy mam ochotę wchodzić do środka, bo jestem zdecydowany zanim zdążę o czymkolwiek pomyśleć.
Gdy jestem już wewnątrz, okazuje się, że ktoś już zdążył rozkręcić balet na całego, muzyka w typowym dla siebie tempie, co najmniej stu dwudziestu uderzeń na minutę, niosła się po wypełnionej ludźmi sali, a przyjaciele, z którymi się umówiłem, też nie zawiedli. Albertowi udało się przybić gwoździa tuż przed moim przyjściem, a twarz Seby tylko mignęła gdzieś spomiędzy tłumu innych, nieznajomych. Podszedłem do stolika, na którego blacie opierała się nieprzytomnie głowa Alberta, w towarzystwie kilkunastu pustych kufli. Szturchnąłem go, a potem podniosłem za włosy.
- agtrgreswsg... asfdsggfdhfh... rrrrgggggggh...
Były to jedyne słowa, które wypowiedział, ale za nic nie potrafiłem zrozumieć, co miał na myśli. Stałem tak, nie będąc do końca pewien, czy jestem mu w stanie jakoś pomóc, ale żeby nie poczuł się zupełnie opuszczony, odezwałem się.
- Idę po piwo, Albert!
I choć najpierw wcale nie zareagował, po chwili, jakby wstąpiły w niego nowe, nie wiadomo skąd pochodzące, siły. Podniósł głowę, oparł się o oparcie fotela, na którym siedział.
- Fifteen cans of Stella!
Wydarł się z całych sił, będąc głośniejszym nawet od docierającej zewsząd muzyki. Potem jego głowa bezwładnie opadła z powrotem w miejsce, gdzie znajdowała się wcześniej, a ja poszedłem zamówić piwo.
Rozwodniony Lech smakował mi na tyle, że udało mi się wypić cały kufel w mniej niż dziesięć minut. Nie pozostało mi nic innego, jak wyjść na główną salę i być może, znaleźć gdzieś Sebę.
Na głównej sali dziesiątki zahipnotyzowanych twarzy, nie potrafiących wyrażać uczuć, rozświetla regularnie błysk stroboskopu. Stojąc pośród nich, jeszcze przez moment żywię nadzieję, że zauważę wśród nich Sebę, ale z upływem czasu przestaję w to wierzyć. Rytmiczne uderzenia stopy zaczynają wprowadzać w trans nie tylko ciało, ale również umysł. Rytm muzyki nadaje rytm mojemu życiu, a ja nie będąc w stanie nad tym zapanować, muszę się poddać. Staję się jednością z niosącym się po sali beatem, naprzemiennie migającymi kolorowymi światłami, odorem spoconych ciał, coraz bardziej lepkich w dotyku. Basowe uderzenia schodzą na tyle nisko, że w moim ciele wzbudza się rezonans i zaczynam rytmicznie drżeć. Jestem zahipnotyzowany tak samo jak inni, a jedyną kontrolę sprawuje nade mną DJ, który swoją muzyką zadecyduje o otaczającej mnie rzeczywistości, kolejne płyty, które puszcza, zaczynają tworzyć historię mojego życia. I już bym odleciał na maksa, zapomniał o problemach codzienności, prozie szarego życia, od którego zdarza mi się zwykle więcej oczekiwać niż dostawać, gdy nagle Seba, mój przyjaciel, z którym byłem umówiony, przechodzi dokładnie obok mnie, w ogóle nie zwróciwszy na mnie uwagi.
I wtedy się ocknąłem, zawołałem go, ale wokół jest zbyt głośno, by mnie usłyszał, a przecież miał problem nawet z tym, by mnie zauważyć. Przeciskam się więc wśród lepkich od potu, śmierdzących ciał, podrygujących w tym samym rytmie i staram się, by nie stracić Seby z pola widzenia. Jego sylwetka znika za drzwiami do jedynego w całym klubie kibla i w końcu, również mi udaje się tam dotrzeć.
Podejrzewam, że nigdzie w mieście nie ma bardziej obskurnego kibla niż tutaj. Jedna kabina, z której korzystają zarówno mężczyźni jak i kobiety, spod jej drzwi wycieka struga rudo brązowej cieczy, w najlepszym wypadku brudnej wody. Nie wydaje mi się, by komukolwiek zdarzyło się wytrzeć kafelki, wszystko już dawno musiało zostać przykryte co najmniej kilkumilimetrową warstwą brudu. Przy popękanej umywalce stoi łysy typ, trzymający papierosa w centymetrowej szparze pomiędzy górnymi jedynkami, jego błyszczące ślepia wpatrują się we mnie z uwagą. Spoglądam na drzwi kabiny, zajęte, wiadomo, że nie przez nikogo innego jak mojego kolegę. Stoję i czekam, a łysy rozsypuje na umywalce pokaźną kreskę białego proszku, z kieszeni wyciąga samą obudowę długopisu bez wkładu i patrzy na mnie pytająco.
- Chcesz se pierdolnąć?
- Nie, dzięki. Czekam na kumpla, widziałeś jak wchodził?
Łysy wciąga przez długopisową rurkę całość z umywalki z prędkością przemysłowego odkurzacza. Zza drzwi kabiny zaczynają nas dobiegać głuche uderzenia i postękiwania. Łysy zaczyna przeraźliwie rechotać, pociągając co chwila nosem zaczyna ze mną rozmawiać.
- Widziałem, jasne, że widziałem chłopie! Wchodził, wychodził, znowu wszedł, czy jakoś tak. Uuuuuuuuuuuuuu! Żałuj, że se nie pierdolnąłeś, sążnie się dziś będę zabawiał!
Łomot z kabiny nie ustaje, łysy podchodzi do drzwi, przykłada do nich ucho i nasłuchuję.
- Ho, ho! Konkretne dupienie, ale ją dupi! Uuuuuuuu! Pewnie w kakao ją tak mocno zapina. Jebaka, prawdziwy jebaka. Jakbym se nie pierdolnął, to też bym coś jebnął, ale wolałem sobie coś pierdolnąć. Nie ma co, idę zapierdalać, kolego, to może mi przejdzie i sobie wrócę tu jebnąć!
Łysy wychodzi z kibla, a ja spoglądam w lustro nad umywalką i przyglądając się swojemu odbiciu dociera do mnie, że nie mam co liczyć na przyjaciół, jeden wybrał alkohol, drugi miłość. Wypijam przy barze kolejnego rozwodnionego lecha i wracam na parkiet.
Gdy tylko pojawiam się z powrotem na głównej sali, muzyka zaczyna wirować w mojej głowie i nie potrafię się jakoś temu dziwić, bo w końcu techno to nie Maryla Rodowicz i jej kolorowe jarmarki ani żadne inne rzępanie spoconych pseudo-artystów bez stylówy. Syntetyczne cykanie hi-hatu wraz z uderzeniami stopy w coraz szybszym tempie przyczynia się do wszechogarniającego amoku, powtarzający się klawiszowy motyw chłosta moje uszy, muzyka połączona ze oprawą świetlną wprowadza duszę w ekstatyczną jazdę, której biegu nie da się przewidzieć. Całość przypomina plemienny rytuał podrygujących w bezkompromisowym rytmie parujących z gorąca ciał, skąpanych w oparach tytoniowego dymu, który aż gryzie w oczy, ale oczy wydają się już nie być potrzebne. Obraz staje się niejasny, rozmywa się i miesza z tym, co istnieje naprawdę i tym, co stworzyła muzyka, a mnie nie martwi w ogóle, czy jeszcze kiedykolwiek będę widział normalnie i rozróżniał trójkąty od koła albo folię aluminiową od jedwabiu. Kolejne dźwięki pogłębiają doznania, przepełnia mnie radość i trwam w tym do końca, nie będąc w ogóle świadomym upływu czasu.
Gdy w pewnym momencie wokół nastaje cisza, znów czuję się jak wyrwany ze snu, a moje ciało i umysł wracają do dawnego, bezwartościowego porządku. Obraz staje się wyraźny, a w uszach nie słyszę już muzyki, jedynie uciążliwy, nieustający pisk. Kiedy jestem już pewien, że wróciłem do rzeczywistości, wydaje się ona być równie zaskakująca jak to, co działo się wcześniej. Na głównej sali nie ma nikogo oprócz mnie, światła dalej kolorowo pomrugują, ale nikt już nie stoi przy gramofonach i nie gra muzyki. Wokół panuje absolutna cisza, po podłodze walają się niedopałki i szkło rozbitych kufli, tak jakby odbyła się tu impreza, ale już dawno się skończyła, a ja w ogóle tego nie zauważyłem. Sytuacja wydaje mi się dosyć podejrzana, idę więc do baru poszukać kogoś, kto mógłby mi wyjaśnić, co tak naprawdę się stało.
Przy barze nie ma nikogo, wygląda to tak jakby wszyscy w pewnym momencie dosłownie z tego lokalu wyparowali. Tu i ówdzie stoją często jeszcze prawie pełne szklanki i kufle, których nikomu nie chciało się posprzątać, mało tego, na kanapach i krzesłach leżą pozostawiane płaszcze, kurtki, a nawet czyjeś spodnie. Nawet kompletnie zalany Albert gdzieś zniknął i została po nim tylko kolekcja pustych, obrzyganych kufli. Czyżby doszło do jakiejś tragedii i wszyscy musieli się ewakuować, a mnie nikt nie zdołał o tym poinformować, bo zupełnie odleciałem? Nagle do moich uszu, w których wciąż piszczy, dochodzi dźwięk skrzypienia, charakterystycznego dla dawno nienaoliwionych zawiasów. Odwracam się w stronę na wpół otwartych drzwi obskurnego kibla, gdzie już wcześniej zdarzyło mi się znaleźć, bo właśnie stamtąd dobiegł mnie jedyny dźwięk.
Przełykam ślinę, podchodzę do tych drzwi i otwieram je na oścież. Wcześniejsze wrażenia estetyczne mają się nijak do tego, co teraz ukazuje się moim oczom. Szarobure kafelki na podłodze ociekają krwią, która wymieszana z brudem nabiera wyjątkowo ciemnego odcienia. Drzwi jedynej kabiny tego kibla są otwarte. Po niegdyś białym, porcelanowym sedesie spływa powoli i swobodnie czerwona życiodajna ciecz, jest nią właściwie cały umazany, tak jakby doznał rozległego krwotoku, jego plastikowa klapa leży obok połamana na kilka mniejszych części. I może mógłbym pomyśleć, że coś jest po prostu nie tak z rurami kanalizacyjnymi i w jakiś sposób woda po prostu nieco zgęstniała i zabarwiła się na taki, a nie inny kolor, i to wcale nie jest krew, ale gdy stoję tak w osłupieniu i bezmyślnie patrzę na nie tylko najbrzydszą, lecz, jak się okazało, również najbardziej krwawą z łazienek świata, kibel nagle zaczyna bulgotać, podobnie do kota, któremu zbiera się na rzyganie. Męczy się tak kilkanaście sekund, aż po chwili wypluwa z siebie najprawdziwszą ludzką dłoń, odrąbaną od reszty ciała, prosto pod moje nogi. Na jej serdecznym palcu lśni złota obrączka.
Widocznie złoto zbyt ciężko się trawi.
Tsyk.
Dźwięk ulatniającego się z puszki powietrza roznosi się wokół po raz pierwszy. Zanim gdziekolwiek się udamy i cokolwiek będzie siędziało, warto przysiąść na świeżym powietrzu i powspominać stare, dobre czasy. Siedzimy, gapiąc się przed siebie i nie odzywamy się zbyt często. Jest mroźne, grudniowe popołudnie, za moment zupełnie się ściemni, a dupy zmarzną nam na tyle, że nawet chcąc być twardszym od granitowych nagrobków, nie będziemy w stanie pozwolić sobie na kolejny browar na powietrzu. Czas mija, w końcu pociągam ostatni łyk i zgniatam puszkę podeszwą buta. Spoglądam na Stefana.
- Skończyłeś?
Wypija resztę na hejnał i możemy iść dalej.
Jakie to szczęście, że w pobliżu zawsze znajdzie się spożywczy, który będzie z otwartymi ramionami czekał na moje pieniądze. Stara, pomarszczona na twarzy ekspedientka z radością sprzedaje nam paczkę chesterfieldów i po małpce rudej Gorzkiej dla mnie i dla Stefana. W zimie robi się ciemno o wiele szybciej, ale to wcale nie oznacza, że wraz z zachodem słońca od razu nadchodzi wieczór. Latarnie rozświetliły ulice naszego miasta, tak naprawdę jest jaśniej niż w dzień. Szklane butelki lśnią w sztucznym świetle, gdy akurat przychodzi ochota z nich pociągnąć. Nie mamy Gorzkiej na tyle dużo, by nie przejść dosłownie kilku przecznic i zaraz nie wrzucić pustych butelek do pomarańczowego pojemnika na śmieci, a potem usłyszeć głuchego dudnienia, gdy pierwsza wpadnie w jego otchłań i dzwoniącego dźwięku, gdy druga zderzy się w jego otchłani z pierwszą.
Jesteśmy gotowi. Z odpalonymi papierosami w ustach i pełną swobodą w umysłach, powolnym, jednocześnie bardzo pewnym krokiem, zgodnie z całym planem, ruszamy do lokalu, gdzie zazwyczaj nie dzieje się nic, a akurat tamtego dnia można tam oglądać futbol.
W środku nie ma tłumów, nic dziwnego, bo do meczu zostało jeszcze prawie półtorej godziny. Na ścianach ktoś porozwieszał różne sportowe gadżety, szaliki, koszulki, zdjęcia i plakaty. To wszystko tworzy cudowną i nic nie znaczącą atmosferę kibicowania przede wszystkim dobremu futbolowi, zdrowej sportowej rywalizacji, grze fairplay i innym fifowskim sloganom o wzajemnym szacunku. Obok kilku kolorowych szalików drużyn, których nazwy nie kojarzą mi się zniczym oprócz braku jaj i byciem cieniasem, wisi ekran plazmowego telewizora o przekątnej ponad czterdzieści cali, a Stefan i ja wybieramy stolik, z którego widać go najlepiej.
Zdejmujemy kurtki, wyłaniają się czerwono-białe barwy odzieży, którą założyliśmy pod spód, jednoznacznie deklarując cel, w jakim tu przyszliśmy. Przy barze zamawiamy rozwodniony browar z kija iczekamy, aż się zacznie.
Do knajpy zaczynają schodzić się ludzie. O dziwo, wszyscy ubrani w kolorki, które strasznie nas rażą w oczy. Jeszcze moment i moglibyśmy się zacząć czuć nieswojo, więc biorę dla siebie i Stefana po kolejnym piwku. Czas płynie, a my powoli stajemy się dwoma samotnymi czerwono-białymi punkcikami w granatowym morzu. Poza zdecydowanie gustowniejszymi i bardziej stylowymi barwami, wyróżnia nas jeszcze jedno, nie mamy tak głupich spojrzeń, a nasze miny i gesty nie mają nic wspólnego z udawaną pewnością siebie.
Odpalam kolejnego szluga, do meczu jest jeszcze z piętnaście minut. Do naszego stolika podchodzi śliczna dziewczyna, uśmiecha się do mnie i pyta:
- Czy można skorzystać z krzeseł przy waszym stole?
Jest na tyle ładna, że nie potrafię odmówić. Jej spojrzenie mieni się wszystkim, co zapowiada dobrą zabawę i niekoniecznie harcerski sposób na spędzenie reszty życia. Poza tym, jestem prawie pewien,że jest po naszej stronie, przecież tylko my w całym lokalu nie włożyliśmy na siebie tego pedalskiego granatu.
- Ależ oczywiście!
Do stoliku dosiadają się śliczna dziewczyna i jej granatowy chłopiec. Stefan patrzy na nich z obrzydzeniem, a do mnie już chyba nie ma ochoty się odzywać.
Drużyna gospodarzy tradycyjnie w czerwono-białych strojach, goście wstrojach granatowych, pierwszy gwizdek sędziego. Możemy zaczynać!
Razem ze Stefanem, w tym samym momencie, bierzemy łyk z kufla, by ostudzić emocje i wpatrzeni w ekran, w swoich głowach widzimy jeden identyczny scenariusz – zwycięstwo. Granatowa ekipa panoszy się po lokalu, tak zadowolona z siebie, że chociaż mógłbym w siebie wlać jeszcze drugie tyle, już mi się chce rzygać. Pierwsze minuty są zwyczajne, komentator mówi to co zwykle, coś o pierwszym kontakcie z piłką, dzieli się najnowszymi ploteczkami, o których przeczytał rano w dziale sportowym onetu, a piłkarze biegają w tę i z powrotem.
- Ja pierdolę.
Słyszę cichy jęk z ust Stefana.
Sędzia nie reaguje na protesty zawodników. Od dwunastej minuty gospodarze są zmuszeni grać w dziesiątkę, czerwona kartka dla Vesali za brutalne wejście, które możemy obejrzeć na powtórce.
Gaszę papierosa w popielniczce, a mam ochotę zgasić go na szyi ślicznej dziewczyny, która się do nas dosiadła. Granatowa gromadka zaciera rączki z radości. Stefan idzie po następne piwo. Zaczynam się obawiać tego, co możemy zobaczyć.
Przerzuca piłkę na drugie skrzydło, tam już czeka Lenz, prostopadłe podanie do Evansa i... GOL!
Tylko dwie osoby na sali się nie cieszą. Pozostali drą ryja wniebogłosy. Ledwo otrząsnąłem się po tej kartce, 30 minuta spotkania i mamy już jeden do zera w dupę. Stefan mówi coś pod nosem, sam do siebie, a we mnie gdzieś znika wiara w to, co jeszcze pół godziny temu było tak oczywiste.
To prawdopodobnie ostatnia akcja pierwszej połowy, do piłki znów doskakuje Evans, wycofuje przed pole karne, Ugwu decyduje się na uderzenie z dystansu... 2:0!
- KURWA MAĆ!
Nie wytrzymuję, dostajemy wspaniałą bramkę do szatni. Podczas przerwy nie mamy o czym rozmawiać. Trudno się pocieszać, że w następnych czterdziestu pięciu minutach cokolwiek się zmieni, mogę tylko obserwować, jak szczęśliwi frajerzy poklepują się po ramionach.
Sędzia dyktuje rzut rożny, nie ma wątpliwości, co do słuszności tej decyzji. Zawodnicy przesuwają się pod pole karne, Van Gelder wybija na długi słupek, Workman uderza głową i jest bramka kontaktowa! W pięćdziesiątej trzeciej minucie spotkania, mamy wynik 2:1 na Stadionie przy Englewood Street.
Wstaję z okrzykiem na ustach, Stefan tak samo, przy okazji przez przypadek rozlewając piwo po całym blacie. Śliczna dziewczyna i jej chłopak patrzą na nas zniesmaczeni, a ja już nie jestem w stanie sobie przypomnieć, że kiedykolwiek wydawała mi się ładna. Każda następna minuta, a jest ich coraz mniej, może być dobrze wykorzystaną okazją. Z nadzieją liczę na pomyślny bieg wydarzeń.
Do bezpańskiej piłki dobiega Ugwu, wychodzi sam na sam z Cobbem. Ugwustrzela!
Zamykam oczy, bo czuję już prawie, że wszystko jest przekreślone. Otwieram je i patrzę na Stefana, a ten, nie wiedzieć czemu, cieszy się jak głupi. Nieco uspokojony oglądam powtórkę. Poprzeczka.
Tyner ustawia mur, Garland kładzie piłkę na murawie w odległości trzydziestu pięciu metrów od bramki. Bierze nieduży rozbieg i...Mecz zaczyna się od nowa! Garland uderzył nie do obrony.
Stefan wali pięścią w stół, ja nie panuję nad dźwiękami, które wydobywają się z moich ust. Robimy wrzawę jakby to nas było znacznie więcej. Jedno jest pewne, do końca spotkania już nie siądę na dupie. Salę ogarnęła cisza, wszyscy oglądają końcówkę w pełnej koncentracji. Czasu nie zostało wiele i już zaczynam się bać, co może się zdarzyć jeśli przegramy.
Stenson podaje do Van Geldera. Z powrotem do Stensona.
- Dawaj, kurwa, dawaj!
Wołam i mam nadzieję, a właściwie jestem przekonany, że Van Gelder i Stenson mnie słyszą.
Decyduje się na samotny rajd w stronę bramki.
Wszystko trwa może kilkanaście sekund. Ocieram pot z czoła, jestem tak samo zmęczony jak moi zawodnicy, całe moje ciało drży. Stefan wstaje od stołu z zaciśniętymi pięściami uniesionymi w górę i plując się, wydziera się na całą salę. Swoim rykiem zagłuszamy komentarz. Pięścią tłukę z całej siły w blat stołu, z impetem zwalając na ziemię pełną kiepów popielniczkę. Rzadko bywamy tak wulgarni, ale wtedy pozwalamy sobie na 13 kurew jebanych na sekundę i jakoś trudno się teraz przejąć, że wypadałoby się z tego kiedyś wyspowiadać. Wyglądamy jak praludzie na koce i nie sposób nad tym zapanować. Granatowi z przerażeniem obserwują nas w milczeniu i boją się spojrzeć na ekran. Bieg czasu zwolnił do granic możliwości. Stenson jest wciąż przy piłce i zbliża się do bramki, Stefan i ja zbliżamy się do ekstazy. Stenson składa się do strzału.
Gdy nagle ktoś wyłącza prąd, a wokół zapada ciemność.
skomentuj (0)
Krzysztof siedział przy barze już dłuższą chwilę, zupełnie sam. Nie interesowało go nic oprócz zamówionego ginu z tonikiem. Popijając co chwilę ze szklanki, w nic się nie wpatrywał, jego uwadze uchodziły dolatujące zewsząd dźwięki, smród palonych papierosów nie drażnił jego nozdrzy, Krzysztof pogrążył się we własnych myślach. Gdy skończył pierwszą szklankę, od razu, bez zastanowienia, zamówił następną. Zmarszczył brwi i zmrużył oczy, by wyglądać na jeszcze bardziej zajętego własnymi przemyśleniami, gdy nagle za jego plecami pojawił się kolega po fachu, Henryk. Poklepał Krzysztofa po plecach, a ten aż podskoczył z zaskoczenia. Odwrócił się w stronę Henryka, zupełnie wybity z rytmu, w jaki zdążył wprowadzić własne ciało i umysł.
- Co tak siedzisz?
Zadał pytanie Henryk, a odpowiedź sprawiła Krzysztofowi niemały problem, wpatrywał się w milczeniu w twarz kolegi, by po minucie w końcu się odezwać.
- A... Wiesz – westchnął ciężko. - Zastanawiam się.
Henryk zaczął złośliwie drążyć temat.
- Nad czym się zastanawiasz?
Krzysztof postanowił szybko temat zmienić.
- Może usiądziemy przy tamtym stoliku?
Wskazał pusty stolik ustawiony pod reprodukcją Impresji nr 17 (z lwią paszczą na marginesie) pędzla Zacharego Millanovskiego. Henryk zgodził się i usiedli przy stoliku. Krzysztof właściwie od kiedy tylko usiadł, nie odrywał wzroku od reprodukcji.
- To ci dopiero – rzekł teatralnym szeptem, niby sam do siebie.
Obraz przedstawiał jedną z ostatnich prac malarskich słynnego swego czasu Millanovskiego. Na kwadratowym płótnie o boku osiemdziesiąt centymetrów namalował kilkadziesiąt trójkątów równoramiennych, każdy w innym kolorze, przez prawą część obrazu przebiegała cienka pionowa linia w szkarłatnym kolorze, czyli tytułowy margines, po jego prawej stronie Millanovski namalował czarny kwadrat, czyli tytułową lwią paszczę. Trudno powiedzieć, co było tytułową impresją i tytułowym numerem 17, a jeszcze trudniej dojść do tego, jak Zachary Millanovski zilustrował sam nawias, w którym pojawia się informacja o lwiej paszczy i marginesie. Krzysztof sprawiał wrażenie, jakby za moment miał rozwiązać tę artystyczną zagadkę.
Tymczasem Henryk zdążył wrócić do stolika z własnym drinkiem w ręku, postawił go na stole i wyciągnął paczkę niebieskich Pall Malli, zaproponował jednego Krzysztofowi, ale odmówił, a potem sam odpalił jednego. Z teczki, którą miał przy sobie, wyjął zapisane nutami kartki i ołówek o twardości 2HB. Zaczął je przeglądać, szeleszczenie papieru miało zwrócić uwagę Krzysztofa, wciąż wpatrzonego w Impresję. Henryk chrząknął, chcąc zasygnalizować, że będzie mówił.
- Wiesz – zaczął, a Krzysztof odwrócił głowę od kopii obrazu Millanovskiego. - zacząłem właśnie pisać taki utwór – wziął do ręki jedną z kartek zapisaną nutami.
Krzysztof spojrzał na rozłożone na blacie stolika papiery, a w jego oczach pojawiło się zainteresowanie, którego tak naprawdę nie chciał ujawnić.
- Poważnie? I jak ci idzie? - powiedział znudzonym głosem.
Henryk odkaszlnął z powagą.
- Cóż... Trudno powiedzieć, czasem boję się, że stawiam sobie zbyt wielkie wyzwania. - uniósł brwi i obserwował reakcję kolegi.
Krzysztof skinieniem wskazał na leżącą na stolę paczkę papierosów, a Henryk przesunął ją w jego stronę, by mógł się poczęstować.
- Mogę zerknąć, Heniu? - odpalił papierosa i wyciągnął rękę w stronę papierów Henryka.
- No coś ty, jeszcze nie skończyłem. - Heniek zaciągnął się, podśmiewając się pod nosem. - Nigdy nikomu nie pokazuję nie skończonych pomysłów, muszę tu jeszcze nanieść sporo poprawek.
Ręka Krzysztofa wróciła na swoje miejsca, z powrotem oparł ją na blacie stolika i zaczął wystukiwać palcami rytm, jednak nie wiedział za bardzo, co powinien powiedzieć.
- Rozumiem Heniu. Też teraz piszę jeden kawałek.
- To nad nim się tak zastanawiałeś?
- Dokładnie, już wszystko sobie poukładałem w głowie. To coś w stylu tego obrazu – wskazał na wiszącą nad ich stolikiem reprodukcję. - geometryczna zagadka oparta na najbardziej przewidywalnych figurach i najmniej przewidywalnych barwach.
Krzysztof uśmiechnął się sam do siebie. Zauważył, że wywarł na swoim koledze wrażenie. Henryk zaczął kreślić ołówkiem w przyniesionych przez siebie nutach. Przez chwilę obaj milczeli, Krzysztof dopalał papierosa, cały czas wystukując rytm, a Henryk nanosił na swoją kompozycję kolejne poprawki, niemrawo i bezgłośnie nucąc coś pod nosem. Nagle podniósł wzrok znad papierów i z dumą na twarzy spojrzał Krzysztofowi prosto w oczy.
- Hmmm... Nic tylko przepisać to na czysto i można zacząć go próbować.
Krzysztof dopił drinka i spojrzał na zegarek.
- Będę się zbierał, Heniu.
Nałożył na siebie płaszcz i zapłacił przy barze za dwie szklanki ginu z tonikiem. Henryk podał rękę swojemu koledze po fachu i odprowadził go wzrokiem. Gdy Krzysztof wyszedł z lokalu, Henryk odczekał chwilę, a potem stanął w drzwiach wyjściowych i sprawdził, czy na pewno Krzysztof nie wraca z powrotem. Zamówił przy barze półlitrową butelkę wiśniówki i wrócił z butelką i kieliszkiem do stolika.
Nalał sobie kieliszek i wychylił całość, co nie zrobiło na nim większego wrażenia. Wziął do ręki ołówek i zaczął przyglądać się swoim kartkom z nutami.
- O, a tutaj zagramy ten akord.
Z ogromną satysfakcją, nabazgrał na jednej ze stron niewielkiego ludzika, którego kończyny były zbudowane z prostych kresek, a głowa z nie do końca równego okręgu. Nalał sobie drugą kolejkę.
- Prawdziwa geometryczna zagadka!
Zarechotał sam do siebie, wypił całą zawartość kieliszka i dorysował ludzikowi penisa, który rozmiarami znacznie przewyższał jego głowę.
- Czas na najbardziej przewidywalne figury i najmniej przewidywalne barwy!
Powiedział donośnym głosem. Kolejne strony zaczęły się zapełniać rysunkami ludzików z wielkimi przyrodzeniami, a z półlitrowej butelki systematycznie ubywało wiśniówki. Gdy wódka się skończyła, Henryk skończył nanosić poprawki na szkic swojej nowej kompozycji. Zaczął nucić pod nosem jedynie sobie znaną melodię i uruchomił mechanizm w swojej zapalniczce. Błysk ognia odbijał się w jego oczach. Henryk powoli zabrał się za podpalanie napisanych przez siebie partytur, a z każdą następna spaloną stroną, z każdą spaloną nutką i z każdym następnym spalonym ludzikiem z ogromnym penisem, sprawiało mu to coraz więcej przyjemności.
Krzysztof zaś, wrócił do domu i ledwo, co ściągnął płaszcz i buty, od razu zasiadł przy pianinie. Jego dłonie zawisły nad biało-czarną klawiaturą, zbierając się do wydobywania kolejnych dźwięków. Przymknął oczy i zaczął poszukiwać w swojej głowie najbardziej przewidywalnych figur i najmniej przewidywalnych barw, ale wraz z upływającym czasem czuł coraz bardziej, że nie jest w stanie ich nigdzie znaleźć. Westchnął i wstał od pianina, by zrobić sobie chwilę przerwy. Usiadł na kanapie, a telewizor włączył się zupełnie przypadkowo, Krzysztof włączył go siadając na pilocie. Na kablówce wyświetlali premierowy odcinek z serii Große Wurst Pizza. Uznał, że nie może go sobie odpuścić, przecież przegapił już wystarczająco dużo odcinków, więc rozsiadł się wygodnie i zaczął przeżywać wydarzenia razem z głównymi bohaterami, Klausem i Heidi. Po niespełna godzinnym odcinku o przygodach dwójki niemieckich nastolatków, przez głowę Krzysztofa przebiegła myśl, że nie zagrał jeszcze ani jednego dźwięku budującego wielką geometryczną zagadkę, jednak niewiele się tym przejął, gdy włączył telegazetę i zobaczył ile do zaoferowania miała tamtego wieczora telewizja.
Tagi: muzyka, alkohol, zagadka
skomentuj (0)
Adam miał erekcję, gdy stanął w kuchni. Rozpiął guzik i zamek w rozporku, opuścił jeansy do kolan i ściągnął swoje galoty. Ponieważ trudno się chodzi ze spodniami opuszczonymi do kolan i nabrzmiałymi 23 centymetrami na wierzchu, Adam mógł wykonywać jedynie bardzo drobne kroczki.
Drobnymi kroczkami podszedł do lodówki i wyciągnął z niej potrzebne tego poranka składniki – margarynę RAMA, pomidora, ogórek, koperek oraz kilka plastrów pieczonego schabu. Ledwo co udało mu się to wszystko utrzymać w swoich dłoniach i gdy podchodzi do szafki, na której czekała już deska do krojenia, pomidor wypadł z jego rąk, całe szczęście, lądując w galotach, dokładnie pomiędzy jego kolanami.
- Uff... - odetchnął. Położył pozostałe w jego rękach składniki, a potem sięgnął po pomidora i położył go obok.
Zanim zabrał się do krojenia wszystkich składników, sięgnął do tylnej kieszeni opuszczonych do kolan jeansów i wyciągnął z niej paczkę papierosów. Adam namiętnie palił, smakowało mu to bardziej niż jedzenie. Zapalił papierosa i zaciągał się nim z przyjemnością, a popiół strzepywał na jedzenie, z zadowoleniem patrząc, jak składnik powoli szarzeją na jego oczach.
- Ty kurwo, smacznego – szepnął sam do siebie.
Papierosa zgasił w samym środku soczystego pomidora, który całkiem niedawno znajdował się pomiędzy jego kolanami, dokładnie w galotach. W pomidorze zrobiła się głęboka na kilka centymetrów dziurka, a Adam wydawał się być z tego powodu bardzo szczęśliwy.
Adam zabrał się za krojenie nadpalonego pomidora w plastry, to samo zrobił z ogórkiem, potem posiekał drobno koperek. 23 centymetry wciąż były 23 centymetrami, a erekcja wciąż była erekcją. Na nóż nałożył nieco margaryny i nasmarował nią swojego penisa po same jądra.
- Byłbym zapomniał.
Uśmiechnął się sam do siebie i drobnymi kroczkami powędrował do wiszącej szafki, gdzie trzymał folię aluminiową. Wziął rolkę folii JAN NIEZBĘDNY i ponownie drobnymi kroczkami, wrócił do miejsca, gdzie przygotowywał składniki. Do nasmarowanego margaryną penisa zaczął przykładać pokrojone w plastry warzywa i plastry wcześniej już pokrojonego pieczonego schabu. Całość trzymała się całkiem nieźle, prawdopodobnie dzięki lepkiej konsystencji margaryny RAMA. Całą potrawę posypał drobno posiekanym koperkiem i przyjrzał się swojemu kulinarnemu dziełu z szelmowskim uśmiechem, a potem zawinął wszystko w folię aluminiową i z powrotem naciągnął galoty i spodnie.
Na zegarze wybiła godzina 7.30, a Adam dokładnie wiedział, co zdarzy się o tej godzinie. Po paru minutach do kuchni weszła żona, jeszcze zaspana, spojrzała z miłością na Adama. Podeszła do niego i przytuliła się. Adam objął żonę ramionami i pocałował ją delikatnie w policzek.. Żona nachyliła się w stronę jego prawego ucha, które zdobił niewielki pieprzyk i zaszeptała.
- Ale jestem głodna.
Adam odsunął się wtedy od żony i stanął naprzeciwko niej wyprostowany i dumny. Powoli wziął się za rozpinanie spodni.
- Zjedz sobie kutasa.
Rzekł i ułożył 23 centymetrowe danie na talerzu, a śmiał się przy tym szczerze i do rozpuku.
Tagi: kulinaria, dowcip, fabliaux
skomentuj (1)